Posłuchaj:
Odkąd pamiętam, miałam takie filmy, które mogłam oglądać bez przerwy. Dotrzymywały mi towarzystwa na co dzień, dodawały otuchy, gdy miałam gorsze dni i inspirowały, gdy stawałam przed różnymi wyborami. W zależności od etapu w życiu były to różne tytuły i poruszały odmienne tematy, wszystkie jednak powodowały, że czułam się podniesiona na duchu i wracałam do nich gdy miałam taką potrzebę. Wszystko zaczęło się od “Dwóch wież”, mojej ulubionej części filmowego Władcy Pierścieni; leciała w tle codziennie, gdy uczyłam się w gimnazjum. Plan każdego dnia zakładał, że po powrocie ze szkoły włączam ten film i zajmuję się swoimi sprawami. Z czasem poszerzyłam swój repertuar, a ten odcinek zamierzam poświęcić moim ulubieńcom wszechczasów, czyli mojemu top 3 filmów o jedzeniu.
Wszystkie trzy są mniej lub bardziej związane z Francją, krajem powszechnie uznawananym w zachodnim świecie za królestwo wspaniałego jedzenia. Ale to nie dlatego Julia i Paul Childowie przeprowadzili się tam ze Stanów Zjednoczonych wkrótce po zakończeniu drugiej wojny światowej; Paul był dyplomatą i został wysłany na placówkę, a jego żona podążyła za nim.
Ich pierwsze kroki na francuskiej ziemi otwierają mój ulubiony comfort movie wszechczasów, czyli “Julie i Julia”. Zanim go obejrzałam, nie miałam pojęcia o całej historii ani nawet kim była Julia Child; niestety, jest to postać dość mało znana w naszym kawałku świata. Dopiero znakomite aktorstwo Meryl Streep pozwoliło mi co nieco poznać tę niesamowitą osobowość, która własnymi rękami wystartowała ruch foodiesów i zrewolucjonizowała kuchnię – nie tylko amerykańską. Julia, zanim wyszła za mąż, miała pracę i odnosiła w niej niemałe sukcesy, dlatego porzucenie dotychczasowego życia i przeprowadzka do Francji nie były proste.
Akcja filmu biegnie dwutorowo i skupia się na dwóch małżeństwach – Childów i Powellów – które dzieli cztery dekady, ale poza tym mnóstwo łączy. Oba małżeństwa przeprowadzają się w nowe miejsce, ponieważ praca mężów tego wymaga, a żony znajdują się w okolicznościach, w których dopiero muszą się odnaleźć. Julia była przyzwyczajona do pracy i nie mogła znieść myśli o typowych zajęciach kobiecych, pokroju lekcje sztuki czy gry w brydża; szukała czegoś, co ją zainspiruje, pozwoli się rozwijać, zapobiegnie nudzie. Jeśli wierzyć filmowi, to Paul podsunął jej pomysł, aby zajęła się gotowaniem. Julia uwielbiała jeść, była zachwycona kuchnią francuską i zapisała się do szkoły kulinarnej o światowej renomie. Do tej pory kobiety nie były traktowane jako poważni kandydaci na szefów kuchni i Julia musiała zmagać się z seksizmem i uprzedzeniami, zgodnie z którymi Amerykanka nie miała prawa dobrze gotować – ale Julia wiedziała, jak pokonywać przeciwności, ukończyła szkołę, zaprzyjaźniła się z dwiema Francuzkami, i jako trzy muszkieterki zaczęły uczyć gotowania inne kobiety. To dzięki temu powstała książka, “Mastering of the Art of French Cooking”.
Podczas gdy Julia urządza się w swoim francuskim życiu, Julie Powell – aspirująca pisarka, zatrudniona w administracji państwowej – obserwuje wyścig szczurów, w którym biorą udział jej koleżanki ze szkoły, i czuje, że nie dotrzymuje im kroku. Ponadto prześladuje ją powieść, której nikt nie chciał wydać i jej niespełnione marzenie o zostaniu pisarką. Zbieg okoliczności, zamiłowanie do gotowania i program kulinarny Julii dały jej impuls do nowej inicjatywy: zdecydowała, że ugotuje wszystkie potrawy z książki “Mastering of the Art of French Cooking”, w jeden rok i będzie dokumentować postępy na blogu. Podobnie jak Julia, w gotowaniu widziała swojego rodzaju przestrzeń do wykazania się, a jednocześnie było to jej bezpieczne miejsce – twierdziła, że to pocieszające, że po dniu w którym nic nie jest pewne, zmiksowanie jajek z czekoladą zawsze da czekoladowy krem. Podobna myśl przyświecała Julii podczas pracy nad jej przepisami; dokładała starań, żeby były tak dokładne, jak tylko się dało, żeby każdy mógł je przygotować i miał gwarancję sukcesu.
To, co szczególnie lubię w tym filmie, to wspaniałe, realistyczne postaci kobiece. Obserwujemy je poprzez pryzmat ich pasji, związków i wyzwań, z jakimi się mierzą w pogoni za swoim celem. Ponadto mamy tu świetne aktorstwo i rewelacyjnie dobrane pary: Meryl Streep i Stanley Tucci jako państwo Child, oraz Amy Adams i Chris Messina jako państwo Powell, przy czym tę drugą parę możemy podziwiać również w “Ostrych przedmiotach”. Płynna, przyjazna widzowi narracja opowiada i przeplata między sobą dwie równoległe historie i jest prawdziwą gratką dla osób, które znają historię Julii i kontekst jej życia, a towarzyszy temu muzyka skomponowana przez Alexandre’a Desplat, inspirowana francuskimi motywami, którą można się nacieszyć również w oderwaniu od filmu.
Dla tych, którym mało Julii, w tym roku ze stajni HBO wyszedł serial o niej. Akcja zawiązuje się mniej więcej w momencie, w którym kończy się historia w “Julie i Julii”; Julia i Paul osiadają z powrotem w Ameryce; Paul jest na emeryturze, a Julia pracuje nad kolejną książką kucharską oraz promocją “Mastering of the Art of French Cooking”. To wtedy nadarzyła się okazja, aby nakręcić program kulinarny, i dzięki własnemu talentowi, uporowi i urokowi osobistemu Julia stała się światową ikoną kuchni bez służących.
Drugie miejsce na mojej liście zajęła ekranizacja książki o tym samym tytule – “Czekolada”. Nie wykluczam, że sięgnęłam po nią ze względu na Johnny’ego Deppa, kiedyś byłam zdeterminowana obejrzeć wszystkie filmy z jego udziałem, ale mogę z całą pewnością powiedzieć: przyszłam oglądać Deppa, a zostałam, urzeczona historią.
Do małego, francuskiego miasteczka, w którym ceniono ponad wszystko spokój, w 1959 przybywają dwie nieznajome odziane w czerwone płaszcze z kapturami. Przyprowadził je tam wiatr wiejący z północny i dogadany wynajem cukierni, wraz z mieszkaniem na piętrze. Vianne Rocher – w tej roli Juliette Binoche – i jej córka Anouk nigdzie na długo nie zagrzały miejsca. Zanim przybyły do francuskiego miasteczka, mieszkały w Wiedniu, Pawii i Atenach, a ich cel to jedna z tajemnic, jakie skrywają przed widzem i mieszkańcami. Vianne bierze się za porządkowanie cukierni, lecz gdy odwiedza ją zawsze czujny hrabia de Reynaud, sprawujący opiekę nad miastem, tłumaczy, że to nie będzie cukiernia – ale niespodzianka. Niestety, otwarcie nowego przybytku rozpusty dla podniebienia zbiega się z początkiem postu i Vianne musi się poważnie postarać, żeby zdobyć klientów, a ci pozostają pod wpływem hrabiego i odnoszą się do niej z nieufnością. W ich miasteczku rzadko pojawiają się obcy, na domiar złego samodzielne matki ateistki, które za nic mają kościelne przykazania i kuszą innych czekoladowymi słodkościami. Pomimo tego szybko staje się jasne, że pozornie posłuszny, religijny monolit jest podzielony, a w szarych, zasuszonych mieszkańcach płynie gorąca krew i Vianne jest tym, czego miasto potrzebuje, żeby na powrót ożyć.
Wspomniany wcześniej Johnny Depp jest istotny z punktu widzenia rozwoju głównej bohaterki. Udowadnia jej, że choć uczy innych jak rozpoznać swoje pragnienia i sięgać po to, o czym marzą, to sama jest niewolnicą rodowej misji i nie myśli o własnym spełnieniu, oraz ignoruje to, jak ciągłe zmiany miejsca zamieszkania wpływają na jej córkę. Jak to mówią: szewc bez butów chodzi. Odnoszę jednak wrażenie, że naczelny amant tego filmu dostał w nim angaż wyłącznie na swój niesforny, chłopięcy urok, a nie umiejętności aktorskie, a między nim a Juliette Binoche nie ma żadnej chemii. Na szczęście, poza nimi mamy tu jeszcze znakomitą Judie Dench, która jest właścicielką wynajmowanego przez Vianne lokalu, Alfreda Mollinę jako hrabiego de Reynaud, Carrie-Ann Moss w roli samotnej matki chorowitego dziecka i całą rzeszę świetnych aktorów wspierających, ze swoimi wyzwaniami i nieśmiałymi marzeniami. Obraz uzupełnia magiczna muzyka Rachel Portman z energicznym Minor Swing na czele, które jest sztandarowym utworem definiującym ten film, oraz mnóstwem delikatnych kawałków, które znakomicie podkreślają baśniowy charakter filmu. Bo tym właśnie jest “Czekolada”; współczesną baśnią o tym, że odrobina słodkości potrafi naprawić rutynę w związku, uleczyć złamane serce lub znajdzie rozwiązanie dla nieodwzajemnionej miłości.
Trzecie na mojej dzisiejszej liście, ale zdecydowanie top jeden na innej, to przecudowna animacja od Pixara pod tytułem “Ratatuj”. Tytułowy ratatuj to potrawka warzywna, w skład której wchodzą pomidory, cukinia, papryka, bakłażan, cebula i przyprawy. To standardowy francuski końcowoletni posiłek, kiedy jest w bród sezonowych warzyw i można go przygotować bardzo tanio. Akcja filmu rozgrywa się, rzecz jasna, we Francji, a jego bohaterem jest szczur o imieniu Remy. Żyje razem z bratem w kolonii szczurów, której przewodzi jego ojciec, i jak nietrudno się domyślić – obaj mają znacząco różne poglądy na życie. Ojciec jest twardo stąpającym po ziemi szczurem, prawdziwym liderem, w pierwszej kolejności troszczącym się o kolonię, natomiast Remy ma duszę artysty i cierpi, gdy jego talenty zostaną zaprzęgnięte do tak trywialnych zadań jak kontrola jedzenia. Tak się bowiem składa, że Remy ma węch i smak absolutny, a jego pasją jest gotowanie. Gdy stado musi się ewakuować z dotychczasowego gniazda, okoliczności rozdzielają Remy’ego i jego rodzinę, i bohater musi zacząć sobie radzić na własną łapkę w kulinarnej stolicy świata – czyli Paryżu.
„Ratatuj” chwyta za serce, jak zresztą wszystkie animacje Pixara. Wspaniale dopracowany pod względem wizualnym stanowi również majstersztyk pod kątem fabularnym. Mamy tu wątek rodziny znalezionej, sanepidowską intrygę z hot dogami w tle, konflikt międzygatunkowy, odrobinę romansu i całe mnóstwo gotowania. Remy rozkoszuje się aromatem grzybów czy świeżością chleba podobnie jak Julia zachwyca się produktami na francuskim targu, i podejrzewam, że Julia podpisałaby się obiema rękami pod mottem “Ratatuja” – czyli “Gotować każdy może”.
Jako że mamy do czynienia z filmem animowanym, wielkie znaczenie dla odbioru ma przekład i dubbing, i oba są rewelacyjne. Jest tutaj ogrom tekstów, które z powodzeniem można cytować w różnych sytuacjach, co jest tym przyjemniejsze, że dźwięk jest znakomity. Jedyne filmy po polsku, do których nie potrzebuję napisów, to te dubbingowane, wszystko można zrozumieć bez najmniejszego problemu, w przeciwieństwie do stuprocentowo rodzimych produkcji. Muzyka do filmu została skomponowana przez Michaela Giacchino, jest lekka, magiczna, przesłodka i tak samo jak w przypadku wcześniejszych filmów, można sobie włączyć soundtrack i cieszyć się utworami, które nie tylko świetnie pasują do obrazu, ale i bronią się jako samodzielne dzieła sztuki.
*
To były moje trzy najbardziej ciepłe, pluszowe filmy, które przeganiają wszystkie troski i na półtorej godziny przenoszą mnie do innego świata, w którym dobry posiłek może rozwiązać większość problemów. A wy jakie macie comfort movies? Do jakich filmów wracacie raz po raz i odkrywacie je na nowo? Jak na was wpływają? Ja po tej mojej trójce zawsze mam ochotę ugotować coś smacznego. Dajcie znać w komentarzach i pamiętajcie – don’t crowd the mushrooms!




Komentarze