Posłuchaj:

iTunes Spotify YouTube Google Podcasts Anchor FM Breaker audio Pocket Casts RadioPublic

Debiuty czytane w sierpniu zrobiły mi miesiąc. Nie zawsze uda się trafić kilka dobrych, angażujących książek jedna po drugiej, znacznie częściej miewam słabą passę, kiedy wybrane przeze mnie lektury jednak się nie rozkręcają, a po połowie jest mi już zbyt szkoda zainwestowanego czasu i wolę dokończyć to, co rozpoczęłam. Na szczęście do tych dwóch tytułów, o których dzisiaj będę mówić, nie było potrzeby się zmuszać – co prawda mają swoje wady, ale zalet im również nie brakuje.

“Iluzja” Marty Malinowskiej nie jest arcydziełem, na co zresztą wskazuje ocena książki na Lubimy czytać – we wrześniu to zaledwie 5,7/10. Sama nie wiem, co mnie popchnęło żeby ją czytać, nie kojarzyłam nazwiska autorki, tytuł jest bardzo generyczny, natomiast okładka sugerowała, że będę miała do czynienia ze współczesną powieścią. Jaka to była niespodzianka, gdy po kilku akapitach zorientowałam się, że już znam świat, w którym osadzona jest historia z “Iluzji”! Opowieść rozpoczyna refleksja nad losem Rena Urtyjczyka, który już siedemdziesiąt dwa dni spędził w Zielonym Kamieniołomie, najcięższym więzieniu Królestwa Diogorii. Ten początek przypomniał mi Achaję Ziemiańskiego, na całe jednak szczęście Malinowska poprowadziła akcję po swojemu. Okazuje się, że Ren ma wyjątkowe umiejętności, które czynią go dla jego strażników szczególnie cennym i w rezultacie dostaje zadanie: musi zaopiekować się Widzącą w dzikim transie. Transy to szczególna forma magii, która wymaga Widzącej i Przewodnika, których łączy Więź. Zadaniem Przewodnika jest zakotwiczenie się i wspieranie Widzącej, która, szarpana emocjami, dzięki swojemu transowi może na przykład przewidywać przyszłość. Na ogół nie lubię magii w fantasy, w znakomitej większości przypadków system jest generyczny, a przez to do gruntu nudny; w “Iluzji” czary są subtelne i nieoczywiste. Cała sprawa z Przewodnikiem i Widzącą przypomina mi znakomity cykl “Rai-Kirah” Carol Berg, chyba dość mało znany w Polsce.

Ale nie tylko o magię w “Iluzji” chodzi. Jest to opowieść o zaufaniu, poświęceniu i tożsamości zarówno na małą, jak i wielką skalę. Na tle dramatów narodów rozgrywają się tragedie ludzi, jedni walczą o ideały, inni o przetrwanie a tryby historii bezlitośnie wrzucają ich w sytuacje bez wyjścia. Co mi się podobało szczególnie, to rozdarcie głównego bohatera między poczuciem obowiązku a dbaniem o własną skórę oraz jego relacja z Verą, którą znamy z opowiadania “Noże”, opublikowanego w antologii “Fantastycznie nieobliczalni”. A już naprawdę cieszy mnie fakt, że Malinowska – mimo, że na upartego znalazłoby się na to miejsce – nie wprowadziła do swojej książki wątku romantycznego. Ilekroć Ren i Vera okazywali sobie sympatię, drżałam, że oto nadchodzi pierwszy pocałunek, a wraz z nim romantyczne perypetie, które zawsze odsuwają resztę fabuły w kąt. Tu na szczęście tego nie było i gdybym mogła, to bym autorkę uściskała.

“Iluzja” nie jest jednak bez wad, które w dużej mierze dotyczą stylu. Dialogi czasami wypadają mało naturalnie, a narracja bywa sztywna. Postaci poboczne natomiast wydają się być zbyt słabo opisane, odbieram je jako dwuwymiarowe i mało wiarygodne. To jednak dla mnie absolutnie nie dyskwalifikuje tej powieści, wszystkie mankamenty rekompensują mi brak zadęcia i niesamowita wyobraźnia Malinowskiej. Nie lubię cykli, ale w tym przypadku z chęcią sięgnęłabym po kontynuację historii w jej autorskim świecie.

Drugi debiut, z którym miałam do czynienia w sierpniu, to książka z nomen omen drugiego bieguna literackiego. Chodzi o “Witajcie na cholernej Arktyce” Blair Braverman. Sama nie wiem, czego się spodziewałam; podejrzewam, że oczekiwałam kolejnej historii o kobiecie, która w pewnym momencie decyduje zmienić całe swoje życie i wyrusza na podbój obcego kontynentu. Poniekąd to dostałam, ale w innej formie, niż zakładałam. Braverman napisała swoją autobiografię, urodziła się w 1988 roku a już ma na swoim koncie tyle przygód, że wystarczyłoby ich na więcej niż jedną książkę. Gdy była dzieckiem, jej rodzina przeprowadziła się na pewien czas do Norwegii, co spowodowało, że Blair już zawsze myślała o tym kraju jako o swojej drugiej ojczyźnie i pracowała, aby tam powrócić. Gdy była okazja, by wyjechać na wymianę w szkole średniej, skorzystała z niej, a później jeździła do Norwegii poniekąd na własny rachunek.

Co się wybija w opowieści Blair to niezdrowe relacje z mężczyznami, i nie mam tu na myśli toksycznych związków, a niepokojącą dynamikę z jej opiekunem, chłopakiem, znajomymi. Choć jej narracja jest beznamiętna i skupia się raczej na faktach, nawet własne emocje i uczucia opisuje przez pryzmat wątpliwości i niedowierzania, mną podczas lektury targały oburzenie, współczucie i wściekłość. Gdy wyjechała na wymianę w szkole średniej, trafiła pod dach norweskiej rodziny, w której nie czuła się bezpiecznie ze względu na jej ojca. Nigdy nie doszło do czegoś poważniejszego, ale rzucał komentarze, przez które Blair czuła się niekomfortowo, a raz przygwoździł ją do podłogi własnym ciałem, przy całej swojej rodzinie, po czym cała sytuacja została zbyta milczeniem. Granice Blair zostały przekroczone, a ona nie miała do kogo się zwrócić po pomoc. Mimo to, to przykre doświadczenie nie przekreśliło jej marzeń o Norwegii, ukończyła szkołę w której nauczyła się powozić zaprzęgiem, następnie podjęła pracę w zawodzie i rozpoczęła swój pierwszy poważny związek. Każdy jej powrót do Stanów Zjednoczonych skutkował kolejnym wyjazdem za granicę, gdzie poszukiwała siebie i walczyła z przeciwnościami, w tym z natrętną, ignorującą cudzą nietykalność męskością. Wydaje mi się, że to było najtrudniejsze w jej podróżach: zagrożenie, jakie może stanowić drugi człowiek. Nigdy w jej historii natura nie była tak niebezpieczna, co mężczyzna, który składa jej niepożądane propozycje seksualne.

Naturalnie budzi to pytania, dlaczego świadomie brała dobrowolny udział w sytuacjach, w których można było przewidzieć tego typu zagrożenia. To jedna strona medalu. Druga to świadectwo nastolatki, która miała prawo do bycia zaopiekowaną, i młodej kobiety lekceważonej w miejscu pracy ze względu na swoją płeć.

Wątek molestowania najbardziej mną wstrząsnął, jednak absolutnie nie dominuje książki i pojawia się w niej mnóstwo innych tematów. Autorka opowiada o powożeniu psim zaprzęgiem, o trudnościach związanych z pracą maszera, o relacji ze swoim norweskim ojcem, w której bez wątpienia znalazłoby się dość materiału na samodzielną książkę. “Witajcie na cholernej Arktyce” to Norwegia oczami młodej Amerykanki, pod wieloma względami ta perspektywa do mnie przemawia i polecam tę książkę. Z tego co widziałam w Google, Braverman opublikowała w tym roku kolejną – album poświęcony psom na szlaku, i cieszę się, że pomimo rozmaitych przeciwności losu, autorka nie poddała się i zrealizowała swoje marzenie.

Zdjęcie autorstwa Lukas Kloeppel z Pexels

Muzyka w intro i outro:
Daily Beetle by Kevin MacLeod
Link: https://filmmusic.io/song/3579-daily-beetle
License: https://filmmusic.io/standard-license

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *