Posłuchaj:

iTunes Spotify YouTube Google Podcasts Anchor FM Breaker audio Pocket Casts RadioPublic

“Wzlot i upadek D.O.D.O.” Nicole Galland i Neala Stephensona od pierwszych słów budzi ciekawość. Z czym bowiem kojarzy się DODO? Ja, bez wstydu przyznam, że od razu pomyślałam o Epoce Lodowcowej i scenie, w której pożegnaliśmy się z całym gatunkiem. W perspektywie całej książki to całkiem nieźle koresponduje z jej treścią. Okładka jest oszczędna w kolorach, mamy na niej wyłącznie biel i czerń, wraz ze stemplem Departamentu Od Diachronicznych Operacji i ptakiem dodo – dzięki czemu znakomicie wpisywała się w wyzwanie kwietniowe, czyli “książka z okładką w twoim ulubionym kolorze”.

Do D.O.D.O. zachęcił mnie właśnie ten niestandardowy tytuł. Neala Stephensona kojarzę ze słyszenia, lecz nic nigdy nie czytałam, natomiast Nicole Galland to dla mnie zupełnie obca autorka. Krótki research dowodzi, że ten duet autorów współpracował ze sobą przy jeszcze kilku innych książkach. Nicole ma na swoim koncie dziewięć książek, w tym również sequel dla D.O.D.O., który jeszcze nie został wydany w Polsce.

Opublikowana w Stanach Zjednoczonych w 2017 roku książka liczy sobie ponad 700 stron, co może brzmieć jak wyzwanie, gdy czyta się ją na czytniku elektronicznym – tak jak ja. Po lekturze stwierdzam, że jest to jedna z tych książek, do których przyjemnie byłoby podejść w wersji papierowej. Historia dwójki głównych bohaterów: Tristana Lyonsa i Melisande Stokes oraz całej plejady postaci pobocznych jest ogromnie wciągająca i pod wieloma względami tak świeża, że trudno mi znaleźć dla niej porównanie. Z początku trudno mi było wejść w ten świat: mężczyzna związany z armią Stanów Zjednoczonych angażuje do pomocy lingwistkę i zleca jej zadanie przewertowania sterty dokumentów w poszukiwaniu wzmianek o magii. Akcja rozkręca się dopiero, gdy odkrywają, że w starożytnych podaniach i legendach jest ziarno prawdy, reguły da się naginać, za to ich łamanie grozi straszliwą karą. Dalej czekają spojlery.

W D.O.D.O. podoba mi się mieszanka rozmaitych stylów. Na początku odniosłam wrażenie, że to będzie kryminał, później pojawiły się bardzo techniczne elementy science fiction, aby wpleść w to wszystko wątki rodem z powieści historycznych, romansu i komedii. Na ogół nie jestem fanką opowieści o podróżach w czasie, lecz ten nieco gamerski koncept z D.O.D.O. przekonał mnie do siebie. Otóż rzeczywistość składa się z rozmaitej liczby Wątków, które biegną równolegle, i naturalnym jest że między Wątkami istnieją mniejsze lub większe różnice. Żeby zmienić bieg historii, trzeba namącić w odpowiedniej liczbie Wątków, a ta się nie zmienia od razu, ale stopniowo, propaguje się, jak adres DNS. Aby poruszać się między Wątkami, a także w czasie, potrzeba magii – która zniknęła, podobnie jak ptak dodo, wskutek procesu równie nieuniknionego jak epoka lodowcowa – postępu technologii. Na szczęście z biurem D.O.D.O. kontaktuje się węgierska czarownica, Erzsebet. Dzięki niej Tristan i Melisande poznają zasady rządzące światem magii, podróżują w czasie, nawiązują kontakty i realizują kolejne misje. Wszechświat nie jest jednak bezbronny i ma swoje sposoby na mącicieli. Jeśli nie będą przestrzegać reguł i wydarzy się coś, co zbyt gwałtownie zmieni jego tkankę, wtedy następuje straszliwy wybuch, niszczący wszystko na swojej drodze we wszystkich Wątkach. Tym sposobem Tristan traci swój ulubiony browar.

Autorzy bawią się rozmaitymi okresami historycznymi, wysyłają bohaterów między innymi do Bizancjum, czasów Szekspira, a także na Wielką Wystawę Przemysłu Wszystkich Narodów w Londynie. Każdy scenariusz obfituje w specyficzne wyzwania i wymaga od posłańców innych przygotowań. Z chwilą, w której Tristan, Melisande i Erzsebet udowadniają wierchuszce, że w tym szaleństwie jest metoda, pojawia się finansowanie – a wraz z finansowaniem, struktura. D.O.D.O. przyjmuje formę korporacji, w której każdy najdrobniejszy aspekt zostaje ustrukturyzowany i opisany. Temu procesowi nie brakuje humoru, niefortunnych akronimów i absurdalnych decyzji, w myśl zasady “prędko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu”. 

Test Bechdela ta książka by przeszła bezbłędnie. Mamy tu od groma bohaterek, kluczowych dla całej akcji które nawiązują relacje, współpracują bądź nie – przy czym żadna z nich nie została sprowadzona do obiektu seksualnego. Sam seks jest obecny w tej książce, dodaje pikanterii i nie dominuje fabuły. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że jest więcej znaczących kobiecych postaci, niż męskich – są naukowcami, wiedźmami, pracują w ochronie, opiekują się swoimi mężami. Pod tym kątem to kawał dobrej fantastyki, która nie szufladkuje kobiet.

Kolejnym ciekawym aspektem D.O.D.O. jest narracja, składająca się z różnych form sprawozdań i pamiętników. Przywodzi to na myśl współczesną powieść epistolarną. Mamy tu spisywane przez Melisande pamiętniki, raporty z misji, newslettery firmowe, dzienniki, protokoły, zapisy nagrań dźwiękowych i wideo, listy papierowe i elektroniczne. Cała historia jest poskładana z rozmaitych materiałów, stworzonych w toku wydarzeń, przy czym te treści nie ograniczają się wyłącznie do współczesności. Wyobrażam sobie, że ze względu na różnorodność form, które pojawiły się w D.O.D.O., tłumaczenie tej książki musiało stanowić nie lada wyzwanie i ze swojego miejsca pragnę podziękować i pogratulować tłumaczowi. Spodziewam się, że nieczęsto ma się okazję inkorporować treść stylizowaną na skandynawską sagę do opowieści inspirowanej kotem Schrödingera.

Apropo Schrödingera i jego kota, wątek skupiony na fizyce jest kluczowy dla fabuły i bardzo rozbudowany – a przynajmniej takie wysnułam wnioski, biorąc pod uwagę ile miejsca mu poświęcono. Gdy w fikcji pojawia się science, biorę wszystko na wiarę jak na kompletnego laika przystało. Dzięki lekkiej narracji jednak moje nieuctwo nie stanęło na przeszkodzie do cieszenia się tą książką.

Jedyne do czego mam zastrzeżenia to widoczny zgrzyt, który pojawia się, gdy D.O.D.O. przechodzi konwersję na korpo, a materiały z listów i rozbudowanych pamiętnikarskich wpisów zostają zastąpione raportami i dyrektywami. Dość długo zastanawiałam się, do czego to wszystko zmierza i czy autorzy mieli pomysł na rozwiązanie fabuły. Na szczęście pod koniec udaje się połapać wątki, a rozwój akcji dowodzi, że w tym szaleństwie jest metoda. Powieść kończy się delikatnym cliffhangerem. Pozostawia ogromną przestrzeń do zagospodarowania w kolejnym tomie, jednocześnie doprowadza kluczową dla fabuły relację do checkpointa, w którym można ją bezpiecznie zostawić – aż do drugiej części. Przyznam, że miałam niedosyt po przeczytaniu Wzlotu i upadku D.O.D.O. Pomimo swoich nierówności, to kawał przyzwoitej fantastyki, która jest znacznie ambitniejsza niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. 

Zdjęcie autorstwa George Sharvashidze z Pexels

Muzyka w intro i outro:
Daily Beetle by Kevin MacLeod
Link: https://filmmusic.io/song/3579-daily-beetle
License: https://filmmusic.io/standard-license

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *